Współpraca ■ Forum Polanka
■ Forum Zagajnik
■ Galeria Pszczelarska
■ Katalog Pszczelarski
■ LTP
■ Miesięcznik "Pszczelarstwo"
■ Miód Warszawa
■ Moja wizytówka
■ Pasieka
■ Pszczelarska Oficyna
■ PszczeliPark
■ Pszczoły.Pl
■ pszczoły.rolnicy.com
■ PWRSA
■ PZP
■ rolnicy.com
■ Sądecki Bartnik
■ SPP Polanka
■ ŁYSOŃ
|
Jakość bazy pożytkowej jest jednym z podstawowych czynników decydujących o wielkości produkcji pasieki. Dlatego pszczelarze poszukują różnych pożytków, które mogą poprawić wydajność pasiek i pozwalają uzyskać różne miody odmianowe, czasem dość oryginalne.

Stosowana do niedawna polska norma uwzględniała wprowadzanie do obrotu miodów trzech typów: nektarowego, spadziowego i nektarowo – spadziowego. W typie miodu nektarowego wyróżniano odmiany: miód rzepakowy, akacjowy, koniczynowy, lipowy, gryczany, wrzosowy i wielokwiatowy. Obowiązujące obecnie Rozporządzenie unijne traktuje zagadnienie trochę inaczej. Określa, co to jest miód i jakimi parametrami musi się charakteryzować oraz dzieli go w zależności od przeznaczenia i sposobu pozyskania. Jeśli chodzi o pochodzenie, to rozróżnia trzy rodzaje miodu: nektarowy, spadziowy i nektarowo – spadziowy. Za to podział na odmiany jest znacznie szerszy. Wśród miodów nektarowych rozróżnia się miód wielokwiatowy i miody odmianowe, określane nazwą roślin z jakich pochodzą. Wśród spadziowych są dwie odmiany miodu: ze spadzi iglastej i ze spadzi liściastej. Odmian miodów nektarowych może być więc tyle, ile jest roślin miododajnych na obszarze Unii Europejskiej oraz poza nią, ponieważ nic nie mówi się o tym, że normie nie mają podlegać miody importowane z innych kontynentów. My zostaliśmy więc przy naszych odmianach, ale też bez skrępowania możemy wprowadzać nowe nazwy, funkcjonujące zresztą nieoficjalnie od zawsze. Mamy więc miód mniszkowy, malinowy, bławatkowy, faceliowy, głogowy, cebulowy, ogórecznikowy, kruszynowy, czeremchowy, nawłociowy, a nawet wierzbowy, koperkowy, wiesiołkowy, fasolowy i inne. Dotychczas wszystkie te miody były określane jako nektarowe wielokwiatowe. Obecnie mogą one występować pod swoimi nazwami i muszą spełniać określone w Rozporządzeniu właściwości fizyko – chemiczne, nie mogą mieć domieszek innych produktów spożywczych i powinny być pozyskiwane, przechowywane i konfekcjonowane we właściwych warunkach sanitarno – higienicznych. Oprócz wymienionych odmian na rynek można wprowadzać miody importowane, a więc wielokwiat, którego ostatnio dużo jest na półkach dużych marketów, ale i inne dość egzotyczne, jak tymiankowy, lawendowy czy kasztanowy. Te ostatnie są dostępne w sklepach zielarskich oraz ze zdrową żywnością i mimo wysokiej ceny znajdują nabywców ze względu na swoje domniemane właściwości lecznicze. Natomiast oferowanie miodu leśnego, wiosennego czy łąkowego jest nieporozumieniem, ponieważ takich roślin nie ma. Mimo to różnorodność odmian miodów może być duża i z punktu widzenia rynku jest jak najbardziej wskazana. Klienci powinni mieć możliwość wyboru interesującego ich towaru spośród jak najszerszej oferty a cena poszczególnych odmian miodu też musi się różnić w zależności od jego walorów dietetycznych, kosztów poniesionych na wyprodukowanie i dostępności pożytku. Pszczelarze podchodzą do tego różnie. Jedni cieszą się, że mogą odpowiednio zaprezentować swoje (i swoich pszczół) produkty, inni woleliby, żeby wszystko było po staremu, miód sprzedałoby się do skupu i po kłopocie. I jedni, i drudzy mają swoje racje i są one w pełni uzasadnione. Swoje racje mają też klienci i trzeba im wychodzić naprzeciw oraz ich potrzeby zaspokajać. Wiedzą, że miód jest naturalnym produktem odżywczym i leczniczym, stosowanym i w kuchni, i medycynie już od czasów starożytnych. Większość naszych klientów zainteresowanych jest obecnie bardziej wartością leczniczą miodu, niż odżywczą, wszyscy bowiem liczymy kalorie, których na ogół w naszym pożywieniu jest za dużo. A trzeba wiedzieć, że działanie lecznicze miodu wynika głównie z jego walorów odżywczych. Z miodem dostarczamy organizmowi dużo łatwo przyswajalnych cukrów prostych – glukozy i fruktozy, a więc miód to w zasadzie koncentrat substancji energetycznych. Miód przede wszystkim wzmacnia organizm i osłabione narządy, pomaga w regeneracji błon śluzowych i nabłonków oraz usprawnia ich funkcje wydzielnicze. Dlatego uzyskuje się dobre wyniki we wspomaganiu miodem leczenia przeziębień, chorób układu krążenia, przewodu pokarmowego, wątroby i dróg żółciowych, ran i owrzodzeń oraz nerwic. Działa przeciwanemicznie, pomaga w rekonwalescencji, a nawet może być przydatny w leczeniu cukrzycy. Właściwości detoksykacyjne (odtruwające) miodu wynikają z zawartości w nim glukozy. Mimo, że miód dostarcza bardzo dużo energii (100 gram miodu to aż 325 kcal), to jest łatwo przyswajalny przez organizm, nie obciąża mięśnia sercowego i jest szybko wiązany w wątrobie w glikogen – wielocukier zapasowy, który przez organizm ludzki syntetyzowany jest z fruktozy. Te wszystkie właściwości wynikają z zawartości w miodzie cukrów prostych, Występują one w każdym miodzie w podobnych ilościach, bez względu na jego odmianę.
Oprócz cukrów miód zawiera niewielkie ilości różnych substancji biologicznie czynnych. Najważniejsze to enzymy, dodawane z śliną przez pszczoły robotnice w trakcie przeróbki nektaru. W miodzie są też hormony, olejki eteryczne, niewielkie ilości witamin oraz substancji mineralnych. Tych ostatnich najwięcej jest w miodach spadziowych i miodzie gryczanym.
Jedną z najważniejszych właściwości miodu – oprócz walorów odżywczych – jest jego działanie antybiotyczne. Wynika ono przede wszystkim z jego właściwości fizykochemicznych, a są to wysokie ciśnienie osmotyczne powstałe na skutek dużego stężenia cukrów oraz kwaśny odczyn środowiska (ph około 4,1). Dlatego w dojrzałym miodzie nie rozwijają się bakterie ani drożdże. Natomiast silną substancją antybiotyczną jest nadtlenek wodoru, powstający z glukozy pod wpływem oksydazy glukozy. Enzym ten, zwany potocznie inhibiną jest dodawany do miodu wraz z wydzieliną gruczołów gardzielowych pszczół. Nadtlenek wodoru, znany szerzej jako woda utleniona, powstaje w dużych ilościach w czasie rozcieńczania miodu wodą. Dlatego miód spożywany przez nas bezpośrednio lub po rozcieńczeniu letnią wodą ma tak silne działanie przeciwdrobnoustrojowe.
Obecność owej inhibiny w miodzie wynika z przerabiania nektaru przez pszczoły, nie zależy zaś od tego z jakiej rośliny on pochodzi. Dlatego prawdziwy miód posiada właściwości antybiotyczne, a wszelkiego rodzaju tak zwane „miody” sztuczne nie. Ale nektar pszczoły zbierają z różnych roślin i mogą to być też gatunki używane w zielarstwie lub jako surowiec dla przemysłu farmaceutycznego. Mogą to być też inne rośliny zawierające cenne substancje lecznicze, jak na przykład gryka albo cebula. Naturalną koleją rzeczy nasuwa się skojarzenie, że jeśli miód wytworzony jest z nektaru roślin o pewnych właściwościach leczniczych, to i sam powinien takie właściwości posiadać. Przekonanie takie towarzyszy głównie zwolennikom zdrowego odżywiania i medycyny naturalnej. Jednak żaden z polskich miodów wytwarzanych z roślin zielarskich nie ma takich właściwości leczniczych, jak owe rośliny. Owszem, miody mogą być stosowane na różne dolegliwości, ale ich działanie lecznicze wynika z innych, w skrócie wcześniej omówionych właściwości. Miody pozyskane z większości roślin zielarskich są jasne, drobno krystalizują i mają typowo „miodowy” aromat. Są do siebie na tyle podobne, że gdyby nie specjalne zainteresowanie nimi śmiało można by je zaliczyć do wielokwiatów, do których zresztą zaliczały się według nie obowiązującej już Polskiej Normy. Spróbujmy więc się przyjrzeć najbardziej popularnym u nas miodom „ziołowym”.
Na przykład miód malinowy, jasny, słodki, łagodny w smaku, jest doskonałym miodem nektarowym i może, a nawet powinien być stosowany w przeziębieniach, ale zasada jego działania leczniczego jest zupełnie inna niż malin czy soku malinowego. Miód z kruszyny nie działa rozwalniająco, tak jak napar z kory tego krzewu. Podobnie miód z kwiatów kopru nie działa wiatropędnie, nie ma nawet zapachu kopru. Miód z mięty nie przeciwdziała zaburzeniom trawienia tak jak herbatka z mięty. Na kłopoty żołądkowo – jelitowe może za to pomóc każdy miód, nie tylko miętowy, ale odpowiednio długo stosowany .Działa bowiem regenerująco na śluzówki, nabłonki, leczy nieżyty i wrzody. Bardzo modny ostatnio miód z ogórecznika na pewno może być stosowany w wielu schorzeniach, nie posiada jednak takich właściwości jak lekarstwa wyrabiane na bazie nasion ogórecznika. Również miód z wiesiołka nie zawiera kwasów linolowego i linolenowego, których jest bardzo dużo w oleju z nasion wiesiołka jak i wspomnianego ogórecznika. Substancje te, zaliczane do niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT) są konieczne do prawidłowego funkcjonowania organizmu człowieka zarówno rozwijającego się jak i dorosłego i muszą być dostarczane z pokarmem codziennie. Są one w tłuszczach roślinnych i w pyłku kwiatowym, nie występują jednak w miodzie.
Miód z szałwii, owszem , ma działanie przeciwzapalne takie jak wszystkie inne miody, niestety nie tak silne jak napar z liści szałwii. Zaś miód lipowy to najszlachetniejszy z polskich miodów, o charakterystycznym smaku, niepowtarzalnym aromacie i gruboziarnistej, właściwej tylko jemu krystalizacji. Nie ma jednak działania napotnego, tak jak herbata zaparzona z suszonych kwiatostanów lipy.
Wspomniany miód gryczany różni się zasadniczo od innych miodów ze względu na swoją konsystencję, barwę, smak i zapach, kwasowość oraz zwiększoną zawartość mikroelementów, szczególnie żelaza. Nie zawiera jednak rutyny, a jej głównie poszukują w nim zwolennicy zdrowego życia. To samo dotyczy miodu z cebuli, który nie różni się od innych jasnych miodów nektarowych, a całkowicie dojrzały nawet cebulą nie pachnie.
Przeciętny zjadacz chleba z miodem tego wszystkiego nie wie i kupując słoiczek miodu „zielarskiego” jest przekonany, że zdobył panaceum na swoje dolegliwości. I oczywiście ma rację, bowiem miód, cud natury, pokarm bogów – na pewno pomoże, jeżeli nie na te choroby to poprawi ogólną kondycję organizmu. Czy jednak my, pszczelarze powinniśmy takiego klienta przekonywać o tym, że nie ma racji, ponieważ miód to zupełnie coś innego niż zioła z których nektaru powstał? Oczywiście, że tak, wymaga tego od nas etyka naszego zawodu oraz zwykła ludzka uczciwość. Z drugiej jednak strony doskonale wiemy, jak trudno przekonać pewnego swoich racji klienta. Przykładem niech będzie chociażby sprzedaż miodu skrystalizowanego: dziewięciu na dziesięciu klientów uważa ciągle, że miód płynny jest prawdziwy, a ten „scukrzony” nie. I nie pomoże żadna perswazja, nawet poparta dowodami czy publikacjami naukowymi. Klient swoje wie i basta, niech więc może już ma ten swój miód „ziołowy”?…
Sławomir Trzybiński
Podstawowym warunkiem decydującym o skutecznym wykorzystaniu pożytków jest siła rodzin pszczelich. Pszczół musi być dużo, powinny być w różnych kategoriach wiekowych i w dobrej kondycji. W pasiece powinien panować nastrój roboczy, wynikający z właściwych proporcji między ilością pszczół i czerwiu. By wszystkie te warunki były spełnione, rozwojem rodzin należy właściwie pokierować.
Na intensywność czerwienia matek i tempo rozwoju rodzin ma wpływ kilka czynników, z których najważniejszy jest stały dopływ nektaru. W dalszej kolejności można wymienić uwarunkowania genetyczne pszczół, długość dnia, temperaturę zewnętrzną i ilość zapasów pyłkowych w gniazdach. Równie ważne jest zapewnienie odpowiedniej liczby plastrów na czerwienie, co akurat całkowicie leży w gestii pszczelarza.
Wymienione czynniki są ważne i dynamicznie oddziaływają na siebie. Przygotowując pasiekę do wykorzystania pożytku musimy brać pod uwagę je wszystkie oraz uwzględnić czas jego wystąpienia. Długość rozwoju osobniczego pszczół też musi być wzięta pod uwagę w planowaniu terminu rozpoczęcia przygotowań rodzin do pożytku. Tylko wtedy pasieka i pożytek będą wykorzystane efektywnie, co może się nie udać, gdy będziemy liczyć na przypadkowe ułożenie się w prawidłową całość wszystkich elementów naszej przedpożytkowej „układanki”.
Przyjrzyjmy się więc najpierw czynnikom powodującym rozwój rodziny i wzajemnym związkom między nimi. Zacznijmy od pyłku. Jest on podstawowym pożywieniem starszych larw pszczelich i pszczół karmicielek wydzielających mleczko i karmiących nim młodsze larwy i matkę. Jeżeli pyłku będzie za mało to mimo intensywnego czerwienia rodzina nie będzie się rozwijać. Larwy są wtedy niedostatecznie żywione, będą więc słabe, podatne na zakażenie czynnikami chorobotwórczymi, zaś wychowane z nich pszczoły będą małe i krótkowieczne. W przypadku skrajnego głodu pyłkowego larwy są zjadane przez pszczoły tuż po wykluciu się z jaj. A matki mogą czerwić intensywnie, ponieważ czerwienie stymulują inne czynniki. Tak może być wiosną, gdy dzień staje się coraz dłuższy, jest ciepło, ale w okolicy pasieki brakuje wierzb i innych roślin pyłkodajnych. Tak może być i latem, gdy pożytek się urwie, a w naszej pasiece są matki rasy włoskiej lub jej krzyżówki, czerwiące ciągle bez względu na warunki zewnętrzne. Wtedy może nawet dojść do osypania się rodzin z głodu, jeżeli zabraknie zapasów cukrowych. Dlatego przez cały sezon trzeba pamiętać o zapewnieniu żelaznego zapasu, wynoszącego dla średniej siły rodziny 5 kg miodu i co najmniej jeden pełny plaster pierzgi.
Regulatorem funkcji rozrodczych u większości gatunków zwierząt, także u pszczół, jest długość dnia. Dlatego matki mogą zacząć czerwić już w styczniu, szczególnie wtedy, gdy na dworze jest ciepło. Ten samoistny pęd do rozwoju trwa w rodzinach pszczelich do końca czerwca, później mimo sprzyjających warunków zewnętrznych słabnie. Ale może być zahamowany wcześniej przez niesprzyjającą pogodę. Wiosenne kwietniowe i majowe okresy chłodów a nawet nawroty zimy skutecznie spowalniają rozwój, mogą prowadzić też do niespodziewanego wystąpienia nastroju rojowego. Przykład tego mieliśmy w dwóch minionych sezonach: po nienajgorszej zimowli i dobrym kwietniowym rozwoju, w maju przychodziło długotrwałe ochłodzenie. Rodziny słabe słabły jeszcze bardziej, zaś silne roiły się gdy tylko choć na chwilę wyjrzało słońce. Na szczęście nie wszystkie, tam bowiem gdzie były młode matki dające potomstwo pracowite i nieskłonne do rójki pszczoły ruszały w pole i w ciągu paru ciepłych dni nadrabiały zaległości wynikłe z przymusowego parotygodniowego siedzenia w ulach. Dlatego jednym pszczelarzom udały się zbiory z rzepaku mimo, że pszczoły pracowały na nim tylko trzy dni, podczas gdy inni chwytali roje. Jak widać niekorzystny wpływ pogody można w dużym stopniu wyeliminować hodując pszczoły o pożądanych cechach i właściwie gospodarując.
A więc wiedza i umiejętności pszczelarza mają duży wpływ na efektywność gospodarowania, szczególnie wtedy gdy nie dopisze pogoda. Kolejną sprawą jest jakość i dostępność bazy pożytkowej. Wielkość pasieki musi być dostosowana do zasobów pożytkowych występujących w zasięgu lotu pszczół. Pszczelarz powinien znać areał roślin miododajnych i pyłkodajnych w okolicy pasieki, ich wydajność i przewidywane terminy kwitnienia (spadziowania). To, że wielu pszczelarzom udaje się osiągać niezłe wyniki produkcyjne bez tej wiedzy jest zasługą dobrej bazy pożytkowej na ich terenie, z której jakości często nie zdają sobie sprawy. Na ogół mamy jednak do czynienia z przepszczeleniem lub jednym i drugim, zależności od pory sezonu. Dotyczy to szczególnie terenów nizinnych, gdzie występują dość obfite wczesne pożytki, jak drzewa i krzewy owocowe, rzepak, mniszek, akacja, po czym pożytek się kończy. Nie są one w pełni wykorzystywane towarowo, rodzin pszczelich jest bowiem za mało lub są za słabe. Dlatego na ogół są traktowane jako pożytki rozwojowe na skutek czego po przekwitnięciu akacji, około połowy czerwca, rodziny pszczele osiągają apogeum rozwoju i żywiołowo się roją. Gdy żywioł ten opadnie, pasieka jest tak osłabiona, że nie wszystkie rodziny uda się doprowadzić do średniej kondycji przed zimą. Zazimujemy więc dużo słabych rodzin, które przyszłoroczne główne pożytki wiosenne potraktują jako rozwojowe, później będą rójki i tak dalej…Co więc należy zrobić, by nasze pszczelarzenie nie skończyło się na pięknych i licznych rojach i odrobinie miodu z akacji? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to wywiezienie pasieki na kolejne pożytki i efektywne wykorzystanie tej masy pszczół do produkcji miodu. Ale nie każdy pszczelarz może sobie pozwolić na wędrówkę. Poza tym nietrudno policzyć, ile miodu i pyłku marnuje się i odlatuje w dal wraz z rojami, a ile wcześniej wcale nie jest zbierane, ponieważ rodziny są jeszcze za słabe. Należy więc coś zrobić, by te pożytki wykorzystać a później zapobiec rójce, która we współczesnej gospodarce pasiecznej jest zjawiskiem niepożądanym i niepotrzebnym. Dlatego pszczelarz powinien znać czynniki stymulujące rozwój rodzin, długość rozwoju osobniczego pszczół oraz przybliżone daty wystąpienia pożytków i czas ich trwania. Wtedy można zaplanować prace związane z przygotowaniem rodzin do efektywnego wykorzystania pożytków i zapobiec nastrojowi rojowemu. A nowoczesne zapobieganie rójce to nie zrywanie mateczników i likwidowanie matek na św. Jana, lecz takie pokierowanie rozwojem rodzin, by w przewidzianym przez nas okresie nie roiły się, co będzie następstwem ich składu i liczebności.
Czas, w którym przeprowadzamy zabiegi przyśpieszania rozwoju rodzin przed pożytkiem towarowym jest ściśle określony w regule Taranowa, rosyjskiego badacza pszczół, który ustalił go już przed ponad pięćdziesięciu laty na podstawie prostych wyliczeń . Nie był on pierwszy, podobnie lecz mniej dokładnie problem opisywał ponad sto lat temu profesor Teofil Ciesielski. Rzecz polega na tym, że rodziny do pożytku zaczynamy przygotowywać 51 dni przed jego rozpoczęciem, a kończymy 29 dni przed zakończeniem. Skąd te liczby? Otóż rozwój osobniczy pszczoły trwa 21 dni. Pszczoła żyje około 30÷35 dni. Robotnice wygryzione z jaj złożonych na początku tego 51-dniowego okresu wezmą czynny udział w wychowie pszczół stanowiących główną siłę wykorzystującą pożytek i zdążą jeszcze parę dni popracować jako zbieraczki. Rodzina prawidłowo przygotowana do pożytku powinna liczyć 40÷50 tysięcy pszczół. Zakładając, że dobra matka składa 1500 jajeczek na dobę, do osiągnięcia wspomnianej liczby pszczół potrzeba 30 dni czerwienia. Stąd owe 51 dni przygotowań przed pożytkiem. Z kolei robotnice wygryzione z jajeczek złożonych 29 dni przed końcem pożytku zdążą się jeszcze napracować przy przeróbce nektaru w pierwszych tygodniach swojego życia.
Długość okresu, w jakim pobudzać będziemy pszczoły do rozwoju zależy od długości trwania pożytku oraz od tego, czy spodziewamy się po nim następnego. Najlepiej, gdy pożytki w zasięgu naszej pasieki następują po sobie w sposób ciągły. Wtedy obowiązkiem pszczelarza jest dbanie o wielkość gniazda tak, by plastrów było wystarczająco dużo i na miód, i na czerw. Kolejne pożytki są wtedy wykorzystywane jako towarowe, a częściowo jako rozwojowe. Do nastroju rojowego nie dochodzi, pszczoły bowiem nie „myślą” o rójce, zajęte zbieraniem i przeróbką nektaru oraz wychowem czerwiu, z którego wygryzione robotnice będą pracować na kolejnym pożytku. Oczywiście tak będzie, jeżeli matki są młode i plenne.
Rzadko jednak mamy do czynienia z taką całosezonową „taśmą pożytkową”. Większość pszczelarzy gospodaruje w warunkach opisanych wcześniej, gdzie 1÷2 gatunki kwitnące wiosną muszą wystarczyć za pożytek rozwojowy, i za towarowy. Jeżeli nie zamierzamy wędrować, całą wiedzę o biologii pszczół i dostępnych pożytkach należy wykorzystać do opracowania metody, która w naszych warunkach pozwoli osiągnąć największą produkcję. Przede wszystkim trzeba dobrze znać terminy występowania najważniejszych pożytków. Wymaga to paru lat obserwacji, co zresztą nie wyeliminuje pomyłek, ponieważ kapryśna pogoda wiosną może opóźnić zakwitnięcie roślin pożytkowych nawet o dwa tygodnie. Pożytek może się pojawić wcześniej jeśli zima była łagodna a wiosna przyszła szybko. A jak wynika z przeprowadzonych wyliczeń, datę rozpoczęcia głównego pożytku powinniśmy określić co do jednego dnia, by zacząć przygotowywać rodziny 51 dni wcześniej. Początek pożytku to dzień, w którym zakwitnie połowa kwiatów na interesującej nas plantacji. By ten moment przewidzieć wcale nie trzeba być jasnowidzem, należy tylko bacznie obserwować przyrodę wokół pasieki. Najlepszym punktem odniesienia jest data zakwitnięcia podbiału. Zauważono, że kolejne rośliny pożytkowe zakwitają co roku w tym samym czasie liczonym w dniach od zakwitnięcia podbiału. Podbiał zakwita wtedy, gdy zima pójdzie sobie na dobre, ale inne rośliny jeszcze nie kwitną. Ponadto jest jednym z pierwszych obfitych pożytków pyłkowych. Takim wzorcem używanym do planowania dat wystąpienia kolejnych pożytków nie może być termin kwitnienia leszczyny, która jeżeli zrobi się bardzo ciepło zakwita w lutym a nawet w styczniu, po czym mogą przyjść jeszcze dwa miesiące zimy.
Główne pożytki, które można wykorzystać towarowo to oprócz wierzb zakwitających na początku kwietnia mniszek lekarski i rzepak ozimy. Jakkolwiek miód z wierzby udaje się uzyskać tylko wybitnym specjalistom od wczesnych pożytków w latach o wyjątkowo sprzyjającej pogodzie wiosną, to mniszek i rzepak powinny regularnie dostarczać miodu towarowego wszystkim pszczelarzom. Ale mniszek lekarski zakwita zazwyczaj na początku maja, czasem nieco później, zaś rzepak około 10 maja. Dane te dotyczą Polski środkowej, na Dolnym Śląsku i na Mazurach terminy te mogą się różnić o dwa tygodnie lub więcej. Jeśli więc mniszek zakwitnie 4 maja, to przygotowania do jego wykorzystania powinniśmy rozpocząć już 14 marca. Jest to realne, ale tylko wtedy kiedy będzie ciepło. Mimo to trudno będzie uzyskać czerwienie na zaplanowanym wcześniej poziomie 1500 jajeczek na dobę. Dlatego o przygotowaniu rodzin do tak wczesnych pożytków należało pomyśleć w minionym sezonie, zimując silne rodziny. Rodzina, która w chwili zakończenia karmienia uzupełniającego zimowe zapasy liczyła mniej niż 20 tysięcy (2 kg) pszczół, miodu z mniszka i rzepaku przyniesie niewiele. Zużyje go na rozwój i będziemy mieli z niej korzyść później. Niestety, jeden dobry pożytek nam przepadnie, a to dużo zważywszy, że w zasięgu naszej pasieki jest jeszcze tylko na przykład akacja i nic więcej. Dlatego rodziny, które mają wykorzystać rzepak (lub mniszek) powinny przed zazimowaniem liczyć 30 do 40 tysięcy osobników. To dużo, ale tylko taka siła gwarantuje osiągnięcie odpowiedniej kondycji na początku maja Zazimowanie takich rodzin wymaga pozostawienia dużego gniazda, złożonego z kilkunastu ramek warszawskich lub dwóch korpusów wielkopolskich oraz podwójnej dawki zapasów zimowych, 20÷25 kg cukru. By tak silna rodzina mogła na przedwiośniu wykarmić czerw, a przybywać będzie 1500 larw dziennie, musi mieć dosyć zapasów pyłkowych. Przygotować więc należy dla każdej z nich kilka plastrów z pierzgą. Parę z nich użyjemy do zestawienia gniazda na zimę jeszcze przed karmieniem, a dwa lub trzy dostawimy w pobliżu czerwiu w gniazda rozwijających się rodzin wiosną, w marcu lub nawet w lutym. Jeżeli pierzgi nie mamy, rodziny te w marcu należy dokarmić ciastem miodowo÷pyłkowym, inaczej bowiem rozwój zostanie zahamowany i ruszy dopiero wtedy, gdy pszczoły będą mogły przynosić dużo pyłku z podbiału i wierzb. A owo czerwienie wczesnowiosenne jest tak ważne, ponieważ na naszym rzepaku będą pracować już pszczoły młode. Stare, zeszłoroczne tuż przed rozpoczęciem pożytku zdążą wyginąć, ale przygotują wcześniej te 40 tysięcy „młodzieży” gotowej do pracy.
Doprowadzenie rodzin do tak dużej siły w sierpniu nie jest łatwe. Pszczoły mogą być wyczerpane letnim pożytkiem, muszą jeszcze przerobić i zmagazynować cukier na zimę, do tego często brakuje pyłku. Nie ma już naturalnego, żywiołowego pędu do rozwoju, budzącego w nas podziw wiosną. Dlatego wielu pszczelarzy prowadzi gospodarkę dwurodzinną. Dwie średniej siły rodziny łączy się parę dni przed pożytkiem w jedną silną. Jeszcze bardziej skuteczną metodą jest nalot połączony z przeniesieniem czerwiu. W praktyce wygląda to tak, że jedną z rodzin zazimowanych parami odstawiamy dalej. Przenosi się z niej czerw zasklepiony do rodziny, która pozostała na miejscu, z kolei z niej zabiera się wszystek czerw odkryty. Pszczoły lotne z ula odstawionego nalatują na pozostawiony i zasilają armię jego zbieraczek. Ponieważ nie ma w nim młodego czerwiu, dlatego większość karmicielek może przystąpić do przerabiania nektaru. W ciągu kolejnych dni czerw zasklepiony wygryza się i pszczół jest jeszcze więcej, co stwarza doskonałe warunki do wykorzystania pożytku. Opisana metoda pozwala podnieść średnią produkcję miodu całej pasieki o 50 procent w porównaniu z prowadzeniem jej sposobem tradycyjnym.
Maj to najlepszy miesiąc na gromadzenie plastrów z pierzgą, która będzie potrzebna zimą i na przedwiośniu, jeśli zechcemy również w przyszłym roku efektywnie wykorzystać wczesne pożytki. Teraz możemy pierzgę śmiało odbierać, pożytków pyłkowych bowiem nie brakuje i pszczoły jego niedobór w gnieździe szybko uzupełnią. Oczywiście jest to możliwe, jeśli utrzymuje się ładna pogoda. Jeżeli w maju przyjdą długotrwałe chłody i deszcze, to trzeba się skupić na zapewnieniu pszczołom pożywienia i niestety należy rodziny karmić. Szczególną uwagę zwracamy na rodziny najsilniejsze, które w niesprzyjających warunkach pogodowych w pierwszej kolejności mogą się osypać z głodu.
Jeżeli na majowych pożytkach nasz sezon się nie skończy, pamiętamy o zapewnieniu plastrów do wychowu kolejnych pokoleń robotnic, które będą pracować na następnych pożytkach. Na ogół są to kruszyny, czeremchy, akacje i maliny. Kończą one kwitnienie około połowy czerwca i jeśli po nich nie spodziewamy się pożytków towarowych, czerwienie matek należy w odpowiednim czasie ograniczyć. Jak wynika z naszych poprzednich wyliczeń, robimy to na 29 dni przed końcem pożytku. Będzie to połowa maja, a więc jeszcze przed końcem kwitnienia rzepaku. Wydaje się to za wcześnie, ale jeżeli nie ograniczymy czerwienia teraz to za miesiąc pszczół będzie za dużo i się wyroją, bowiem nie będzie dla nich pracy. Co innego, jeżeli spodziewamy się pożytku z facelii, lipy lub gryki. Wtedy w silnych rodzinach matki muszą dysponować 8÷10 plastrami na czerw, do tego musi być dosyć ramek w miodniach by pszczoły nie zalewały nektarem gniazd. Gdy planujemy korzystać z kolejnych pożytków jak spadź albo wrzos, to cały czas pamiętamy o wcześniejszym zapewnieniu miejsca na czerwienie. Jeśli jednak okres pożytkowy trwa u nas nie dłużej niż do połowy lipca, zawsze postępujemy według tego samego schematu, to znaczy ograniczamy czerwienie na owe 29 dni przed spodziewanym końcem pożytku. Po połowie lipca matek nie należy ograniczać. Wtedy powinny się one rozczerwić tak intensywnie jak to tylko możliwe. Bowiem z jajeczek złożonych na przełomie lipca i sierpnia wychowane będą pszczoły, których zadaniem będzie przetrwać zimę i wiosną zebrać miód z wierzby oraz wychować kolejne pokolenia, które będą pracować na mniszku i rzepaku. Jak pamiętamy, pszczół zimujących ma być 40 tysięcy, więc lipcowo – sierpniowe czerwienie musi być bardzo intensywne. Dlatego na ogół rodziny trzeba podkarmić, a jeżeli nie ma pożytku pyłkowego, to uzupełnić zapas pierzgi. Teraz mogą się przydać plastry z pierzgą, odebrane silnym rodzinom w maju.
Do ograniczania czerwienia matek używamy izolatorów z kraty odgrodowej, mieszczących 2 lub 3 ramki gniazdowe. Odgrodzenie matki w jednym końcu ula przy pomocy pionowej kraty odgrodowej, bez dostępu do wylotka nie jest dobrym sposobem, ponieważ kontakt pszczół z nią jest utrudniony. W efekcie tego na czerwiu za kratą pszczoły będą odciągały mateczniki ratunkowe, mogą też wejść w nastrój rojowy lub okłębić matkę. Dlatego najlepszy jest izolator z metalowej (drucianej) kraty odgrodowej, zapewniający możliwie dobry kontakt wszystkich pszczół z matką.
Opisany tutaj sposób kierowania rozwojem rodzin pszczelich pozwoli wykorzystać wszystkie pożytki w sezonie, a szczególnie te najwcześniejsze, które wielu pszczelarzom przepadają. Taka metoda jest pracochłonna tylko na pozór. Raptem raz w sezonie zmuszeni jesteśmy wyszukać matkę by umieścić ją w izolatorze. Przy okazji możemy ją wymienić na młodą, gdy wymaga tego jej wiek i kondycja. Jeżeli nie prowadzimy gospodarki dwurodzinnej i wędrownej, to jedyną czynnością wymagającą większego wysiłku jest dostawianie korpusów lub nadstawek. A dodatkowy sprzęt potrzebny do tak intensywnego wykorzystania pożytków to po jednym izolatorze na każdą rodzinę pszczelą i dużo, dużo beczek na miód.
Sławomir Trzybiński
|
|