Współpraca ■ Forum Polanka
■ Forum Zagajnik
■ Galeria Pszczelarska
■ Katalog Pszczelarski
■ LTP
■ Miesięcznik "Pszczelarstwo"
■ Miód Warszawa
■ Moja wizytówka
■ Pasieka
■ Pszczelarska Oficyna
■ PszczeliPark
■ Pszczoły.Pl
■ pszczoły.rolnicy.com
■ PWRSA
■ PZP
■ rolnicy.com
■ Sądecki Bartnik
■ SPP Polanka
■ ŁYSOŃ
|
Uzupełnianie zapasów zimowych jest niezbędnym zabiegiem w pasiekach klimatu umiarkowanego. Alternatywą do uzupełniania zapasów byłoby pozostawienie pszczołom na zimę miodu, nie zawsze możliwe przy współczesnych metodach gospodarki i układzie pożytków. Spadłaby również opłacalność prowadzenia pasiek ze względu na różnicę w cenie miodu a odżywkami oferowanymi przez przemysł, które od miodu są tańsze.
Miód
W warunkach naturalnych pszczoły zimowały na miodzie. Ale zimowla pszczół na zapasach innych niż miód przebiega tak samo, a często nawet lepiej. Nie każdy bowiem miód jest dobrym pokarmem zimowym, na przykład miód spadziowy lub taki, który szybko skrystalizuje, pochodzący z rodzin krzyżowych, do zimowania się nie nadaje. Jak wykazały badania wykonywane w polskich i zagranicznych jednostkach badawczych od lat 50-tych XX wieku, zimowla na cukrze nie przebiega gorzej niż na miodzie.

Przekonanie niektórych pszczelarzy o niezbędnym udziale miodu w zapasach zimowych wynika z błędnie wyciąganych przez nich wniosków z obserwacji zimowli. Otóż miód w zapasach zimowych pochodzi z ostatnich pożytków towarowych. W momencie rozpoczęcia karmienia (uzupełniania zimowych zapasów) miód ten znajdował się w gnieździe. Dzięki temu rodzina przez cały czas rozwijała się harmonijnie, przez co do zimowli przystąpiła w lepszej kondycji. Natomiast rodzina, która posiada tylko zapasy podane przez pszczelarza w okresie jesiennym, wcześniej mogła głodować, co odbije się na jakości jej przezimowania.
Rodzaj pokarmu zimowego ma kluczowy wpływ na jakość zimowli, ale zanim pszczelarz zacznie się doszukiwać przyczyn złego przezimowania pasieki w jakości zapasów, powinien wziąć pod uwagę inne czynniki. Najważniejszym jest zdrowotność pszczół. Duże znaczenie też ma właściwa kondycja rodziny, jej skład biologiczny (wiek i kondycja pszczół), ilość zapasów i ich układ w gnieździe, termin karmienia, dostosowanie wielkości gniazda do siły rodziny, obecność matki, jakość ula, warunki zimowli (spokój, przebieg pogody) i inne.
Każdy z wymienionych czynników może mieć wpływ na jakość przezimowania. Niedopełnienie jednego z nich może doprowadzić do zagłady rodziny pszczelej w czasie zimy. Jednak wszystkie one leżą w gestii pszczelarza i wynikają głównie z prawidłowego wykonania prac pasiecznych. Natomiast pokarm dla pszczół pszczelarz kupuje i jest zdany na jego producenta.
Cukier
Już od końca XIX wieku jako pokarm zimowy coraz powszechniej stosowany był cukier produkowany z buraków (sacharoza). Jeżeli były kłopoty, to nie spowodowane jakością cukru, lecz jego dostępnością i ceną.
W Polsce pierwsze sygnały na temat negatywnego wpływu cukru użytego do zimowego dokarmienia pszczół na ich zdrowotność pojawiły się w roku 2005. Niektórzy pszczelarze stwierdzili słabnięcie rodzin w czasie zimy lub nawet upadki części pasieki. Przyczyn strat zaczęto dopatrywać się w cukrze użytym do karmienia, który został zakupiony po promocyjnych cenach w sklepach dyskontowych sieci handlowych. Wykonane sporadycznie badania laboratoryjne nie wykazały obecności substancji szkodliwych w zimowych zapasach. Dlatego nie można stwierdzić, czy problemy z zimowlą wynikały ze złej jakości pokarmu, czy były pochodną innych przyczyn, zwłaszcza chorób pszczół.
W omawianym okresie pojawiły się na rynku pierwsze odżywki glukozowo-fruktozowe polecane jako gotowa pasza dla pszczół. Na początku oferowano typowe syropy spożywcze o różnym składzie chemicznym. Dystrybutorzy tych produktów z powodzeniem wykorzystali zaniepokojenie licznej rzeszy pszczelarzy podejrzeniem o możliwą szkodliwość cukru, zwłaszcza wytwarzanego przez spółki cukrownicze zlokalizowane w Niemczech.
Czy cukier szkodzi?
Badania prowadzone w krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych nad stosowanymi od pierwszej połowy lat 90-tych XX wieku nowoczesnymi insektycydami z grupy neonikotynianów, zwłaszcza imidachloprydem i chlotianidyną wykazały ich bardzo szkodliwy wpływ na środowisko. Substancje te są wysoce szkodliwe dla zwierząt, zwłaszcza dla stawonogów, ich okres rozpadu trwać może nawet do trzech lat, a metabolity powstałe w wyniku ich rozpadu też mogą wykazywać działanie toksyczne. W Niemczech, Francji i USA były stosowane przez okres około 10 lat jako substancje czynne zapraw nasiennych przy uprawie kukurydzy, słoneczników, buraków cukrowych, rzepaku i innych roślin rolniczych oraz ogrodniczych. Neonikotyniany przenikają z zaprawy nasiennej do tkanek rośliny w czasie jej wzrostu. Owady żywiące się tkankami i sokiem chronionych tym sposobem roślin bardzo szybko giną i nie stanowią zagrożenia dla upraw. Niestety, substancja czynna pozostaje również w nektarze i pyłku ochranianych roślin, które będą zabójcze dla żywiących się nimi pszczół miodnych, trzmieli, motyli i innych owadów pożytecznych z gospodarczego punktu widzenia. Natomiast substancja czynna z zapraw stosowanych w nasiennictwie buraków cukrowych przedostaje się do tkanek rośliny i może znaleźć w produkowanym z buraków cukrze. Toksyczne działanie neonikotynianów jest tak silne, a okres rozpadu tak długi, że w niektórych przypadkach rośliny uprawiane na polach, na których zastosowano te środki, nie wymagały chemicznej ochrony aż przez trzy kolejne lata.
Neonikotyniany działają na układ nerwowy zwierząt: zaburzają przepływ bodźców nerwowych w synapsach (połączeniach) komórek nerwowych. Przy dużej dawce owad natychmiast ginie, natomiast przy małej dochodzi do zmian neurologicznych: owady błądzą, mają trudności z uczeniem się, zapominają wcześniej wyuczonych zachowań, ulegają paraliżowi. Dochodzi także do zaburzeń w procesach rozrodczych.
Objawy neurologiczne są charakterystyczne również dla procesu nagłego ginięcia rodzin pszczelich (CCD). Pszczoły opuszczają gniazdo, nie powracają do niego, giną w polu. W Polsce zachowania takie mogą być skutkiem nie tyle spożywania zatrutego nektaru i pyłku, ile zimowego żywienia cukrem mogącym zawierać neonikotyniany stosowane w nasiennictwie buraków. W 2010 roku zbadano więc (na zlecenie PZP) próbki cukru pochodzące z polskich cukrowni i nie stwierdzono w nim szkodliwych substancji chemicznych. Jednak ze względu na brak odpowiedniej aparatury badawczej pomiary dokonano tylko w zakresie do milionowych części grama, podczas gdy omawiane substancje mogą zmieniać zachowania pszczół przy spożyciu na poziomie kilku miliardowych części grama. Wciąż istnieje więc prawdopodobieństwo, że przyczyną masowych upadków pszczół w Polsce są neonikotyniany znajdujące się w cukrze używanym do karmienia zimowego.
Co zamiast cukru?
W tej sytuacji wzrosło zainteresowanie pszczelarzy alternatywnymi odżywkami dla pszczół. Na rynku coraz liczniej pojawiają się produkty oferowane jako gotowe pasze dla pszczół, o znanym składzie chemicznym. Składają się głównie z cukrów prostych: glukozy i fruktozy, dwucukrów: sacharozy i maltozy oraz czasami trójcukru maltotriozy. Cukry te są rozkładane przez enzymy znajdujące się w ślinie i jelicie pszczół i są przez pszczoły trawione. Zawartość wody w okolicach 20% sprawia, że odżywki te są płynne i gotowe do bezpośredniego zastosowania. Produkowane są z cukru buraczanego lub trzcinowego, a także ze skrobi zbóż: pszenicy lub kukurydzy.
Pszczelarze masowo zaczęli stosować gotowe pasze dla pszczół i okazało się, że rodziny pszczele zimują na takich odżywkach dobrze. Jedynym problemem była krystalizacja zapasów w niektórych pasiekach. Pokarm skrystalizowany nie mógł być dobrze pobierany przez pszczoły i w pasiekach dochodziło do biegunek, zwiększenia osypu zimowego, a nawet ginięcia całych rodzin. Stwierdzono, że problemy z krystalizacja mają miejsce w dwóch sytuacjach.
Niektórzy pszczelarze gotowy syrop rozcieńczali wodą, by ułatwić jego wlewanie do podkarmiaczek. Taki rozcieńczany syrop był dokładniej przerabiany przez pszczoły, które musiały odparować zeń dodaną przez pszczelarza wodę. W procesie zagęszczania syropu dostawało się do niego więcej enzymów znajdujących się w ślinie pszczół. Dwucukry w odżywce były szybko rozkładane na cukry proste. Problem zaczynał się wtedy, gdy pokarm zawierał pewną ilość maltozy. Dwucukier ten jest przez enzymy pszczoły rozkładany do dwóch cząsteczek glukozy. Wtedy w przerobionym zapasie wzrastała ilość glukozy, co przyspieszało jego krystalizację.
Drugi powód krystalizowania zapasów to zimowanie zbyt słabych rodzin na zbyt obszernych gniazdach. Część zapasów w plastrach nie ogrzanych przez pszczoły ulega krystalizacji. Na przedwiośniu, gdy kłąb zimujących pszczół zaczyna się rozluźniać, rodzinie może zabraknąć pożywienia, gdyż znajdujące się poza kłębem zapasy skrystalizowały i nie nadają się do spożycia.
Syrop dobry, jeśli jest paszą
To jedyne sytuacje, gdy gotowy pokarm dla pszczół może zimującej rodzinie zaszkodzić. Receptury pokarmów są tak skonstruowane, że dostarczają pszczołom potrzebnych składników pokarmowych. Jeśli wszystkie inne czynności decydujące o właściwym przygotowaniu rodzin do zimy wykonane zostały prawidłowo, to pokarm, zwłaszcza ten oferowany przez producenta lub dostawcę jako gotowa pasza dla pszczół, nie powinien pszczołom zaszkodzić. Pamiętać też należy, że według obowiązującego prawa za szkody wynikłe ze sprzedania paszy o niewłaściwych parametrach odpowiedzialność będzie ponosił podmiot wprowadzający ją na rynek. Takiej rękojmi nie może dać producent czy sprzedawca cukru, gdyż cukier nie jest oferowany jako pasza dla pszczół.
W świetle powyższego nie ma żadnych przesłanek, by nie stosować znajdujących się na rynku pasz przeznaczonych do żywienia pszczół. Dodatkowym atutem jest oszczędność pracy i energii, które należałoby wydatkować na przygotowanie tradycyjnego syropu cukrowego.
Sławomir Trzybiński
To już jesień (Pasieka 5/2007)
Jesień, wrzesień – to czas podsumowań sezonu, spotkań pszczelarzy, tych regionalnych, ogólnopolskich, dożynek miodowych i innych imprez. Więcej pracy mają tylko ci pszczelarze, którzy mimo wyjątkowo niesprzyjającej aury próbowali pozyskać miód z wrzosu lub spadzi i u nich przygotowanie rodzin do zimy przesunięte jest na miesiące jesienne. Ale tych normalnych, „kwiatowych” pszczelarzy ogarnął błogi spokój, trochę dziwny po tak niezwyczajnym sezonie.
Warto tedy, by nasze spotkania i dyskusje dotyczyły nie tylko „dyżurnych” tematów, rozbudzających zrozumiałe zresztą emocje wśród braci pszczelarskiej, tych „politycznych” i innych stricte związkowych. Politycznych, czyli dotyczących nieporozumień związanych z tegorocznym cukrem, którego nie wszyscy się doczekali, niepewności z dofinansowaniem promocji produktów pszczelich na polskim rynku, refundacją zakupu materiału hodowlanego i leków oraz innych naszych bolączek. Dolegliwości, o których pszczoły nic nie wiedzą i które ich nie obchodzą, bowiem one mają inne problemy, jakże inne od tych naszych. A kolejne nasze sprawy, to niezmiernie popularne peregrynacje ze sztandarami, udział reprezentacji pszczelarzy w imprezach regionalnych, państwowych i kościelnych, słowem cała ta działalność, która naszym zdaniem powinna zbliżać nas do reszty społeczeństwa, a najczęściej rozbudza tylko samozadowolenie biorących w niej udział pszczelarzy. Dlatego na spotkaniach warto porozmawiać też o pszczołach i pasiekach, a po ostatnim sezonie jest o czym.
Bowiem sezon był inny niż wszystkie, niestety, inny na niekorzyść. Był nawet inny niż poprzedni sezon roku 2006, po którym wydawało się, że już nic w przyrodzie nie może nas zaskoczyć. Przypomnijmy, że w minionym roku pszczelarze zostali kilka razy zaskoczeni przez pogodę. Najpierw była wyjątkowo ostra i długa zima, po której nastała chłodna i deszczowa wiosna. Gdy już wydawało się, że rok spisany jest na straty, rozpoczęły się trwające dwa miesiące upały. Nasze skrzydlate przyjaciółki skwapliwie to wykorzystały i obdarzyły swoich opiekunów rekordowymi zbiorami miodu. Rozbudziło to wśród pszczelarzy słuszne nadzieje, skutkujące powiększaniem pasiek i budowaniem planów na przyszłość, które niestety nie zawsze „wypaliły”. Kolejny sezon był bowiem zgoła inny i niejednego z nas nastawił negatywnie do dalszej działalności na niwie pszczelarskiej.
Zapowiadał się bardzo interesująco: po łagodnej zimie, bardziej przypominającej ciepłą jesień, przyszła wczesna wiosna, dzięki czemu pszczele rodziny rozwijały się błyskawicznie Niejeden pszczelarz już w połowie kwietnia miał pełne ule pszczół i z zachwytem obserwował zbiór towarowych ilości wziątków z wierzby i innych wczesnowiosennych pożytków. Upadków rodzin, spowodowanych głodem nie było, gdyż w zimie pszczoły zużyły minimalne ilości zapasów. Mało tego, nie było osypów zimowych, jako że pszczoły latały i w grudniu, i w styczniu, co miało więc zginąć w zimę, zginęło poza ulem. Niestety, pogoda od końca kwietnia zrobiła się bardzo zmienną i prawie z każdym dniem pszczelarzy zaskakiwała. Najpierw przyszły tragiczne wręcz przymrozki i skutecznie zlikwidowały kwiaty na drzewach owocowych. Pszczoły jednak nie próżnowały i czasie chwilowych ociepleń gromadziły wcale pokaźne ilości miodu z tego, co nie zdążyło wymarznąć, a więc z rzepaku, mniszka, czeremchy, kruszyny… Niestety, później nie było lepiej, i po gwałtownych kilkudniowych upałach przychodziły kilkutygodniowe chłody trwające wystarczająco długo, by pszczoły wcześniej zgromadzony miód zużyły na swoje życiowe potrzeby. Za to „na roje” rok był dobry: wychodziły przy każdej okazji, skwapliwie wykorzystując po kilka dni trwające ocieplenia, kiedy to temperatura dochodziła nawet do 40°C. Pierwsze roje pojawiły się już w kwietniu i potrafiły być wcale imponującej wielkości. Natomiast w połowie maja niektórzy pszczelarze mieli pasieki już w 100 % wyrojone, i to mimo utrzymywania młodych, jednorocznych matek o małej rojliwości.
W tej sytuacji trudno spodziewać się wysokich zbiorów miodu, tym bardziej, że inne pożytki też nie dopisały. Akacje w wielu miejscach wymarzły w końcówce kwietnia, zaś te, które ten pogrom przetrzymały, trafiły na kilka dni wyjątkowo upalnej pogody i przekwitły w ciągu trzech – czterech dni. W czasie kwitnienia lip było sucho lub zimno, podobnie na gryce, zaś spadź w rejonach tradycyjnego występowania ostatni raz widziana była w czerwcu. Cóż, ktoś powie: takie problemy się zdarzają, nie każdy rok musi być rekordowy ani nawet przeciętny, bywają lata klęskowe. Ale po tak nieurodzajnym sezonie może przyjść lepszy, który zrekompensuje poniesione wcześniej straty i wszystko będzie dobrze.
Niestety, niskie zbiory miodu w tym roku to nie jedyny problem. Wielu pszczelarzy ma powód do zmartwienia, i to powód poważny: to dynamiczny rozwój chorób pszczół, w niespotykanej dotąd skali. I to o tym powinniśmy dyskutować w naszym gronie, starając się na problem zwrócić uwagę przedstawicieli nauki oraz domagać się wyjaśnienia przyczyn takiego stanu rzeczy. Bowiem w bieżącym sezonie wielu pszczelarzy zaniepokoiło słabnięcie rodzin, już od początku kalendarzowego lata. Z początku nie każdy uznał to za coś groźnego: po prostu wraz ze zbliżaniem się końca sezonu rodziny rozwijają się wolniej, trochę pszczół ubywa, swoje robi też niezbyt przyjazna pogoda. Poza tym miodu było niewiele tak w silnych, jak i w słabych rodzinach, ten wskaźnik więc nie zaniepokoił nikogo. Dopiero później dało się zauważyć, że niektóre rodziny słabną ponad miarę, a przed jesiennym (czyli sierpniowym) karmieniem pozostał w nich prawie tylko sam czerw. Mało tego, pszczoły, jeśli w ogóle były, miały nie w pełni wykształcone skrzydła, inne zaś były znacznie mniejsze niż normalnie. Wniosek nasuwa się jeden: warroza i idące w trop za nią choroby wirusowe. Niestety, takie rodziny często nie nadawały się nawet do połączenia, należało je po prostu zlikwidować a plastry z czerwiem przetopić lub jeszcze lepiej spalić. Zdarzało się bowiem zaobserwować w połowie komórek rozmazaną, białą, wysychającą maź, co jest typowym klinicznym obrazem kiślicy. Nie jest to choroba tak groźna jak zgnilec złośliwy czy warroza i częstokroć rodziny są w stanie wyleczyć się z niej same. Musi być jednak ciepło i nie mogą jej towarzyszyć inne jednostki chorobowe, inaczej bowiem pszczoły sobie nie poradzą i po niedługim czasie rodzina przestanie istnieć, jeżeli nie na skutek permanentnego wyginięcia starych pszczół i braku młodych, to na skutek rabunku.
Co jest przyczyną tak niespotykanego rozwoju różnych chorób w naszych pasiekach? To pytanie do luminarzy nauki, zajmujących się chorobami pszczół. My, pszczelarze z większą lub mniejszą praktyką możemy się tego tylko domyślać i wziąwszy pod uwagę warunki pogodowe i pożytkowe starać się w przyszłych sezonach do rozwoju chorób nie dopuszczać. Otóż przyczyną nagłego ataku różnych czynników chorobotwórczych może być gwałtowny rozwój warrozy. Pasożyt ten sprzyja zakażeniu wszelkimi chorobami, co jest o wiele bardziej groźne niż samo żerowanie osobników Varroa na pszczołach, larwach i poczwarkach. Przede wszystkim roznosi choroby wirusowe, które osłabiają stadia rozwojowe pszczół i spowalniają ich rozwój. To właśnie wirusy są główną przyczyną słabnięcia pszczół i całych rodzin, a słabe i nie do końca rozwinięte pszczoły nie mogą wystarczająco obficie karmić czerwia, co powoduje, że jest on znacznie bardziej wrażliwy na zakażenie chorobami bakteryjnymi, w pierwszym rzędzie kiślicą. Zagadnienia te były omawiane w poprzednm numerze „Pasieki”, w dziale traktującym chorobach wirusowych. Dość powiedzieć, że nie tyle szkód wyrządza pszczołom warroza, co choroby jej towarzyszące.
Jaka jest w takim razie przyczyna nadmiernego rozwoju pasożyta i jak sobie z nim poradzić? W zasadzie wszyscy pszczelarze warrozę w swoich pasiekach zwalczają. Jedni robiż to rutynowo, stosując jeden – dwa preparaty lecznicze w ciągu roku. Inni, nauczeni doświadczeniem poprzedniego sezonu, podają nie tylko jeden zalecany środek, uciekają się też do metod zintegrowanych, a nawet do „leków” własnej produkcji. Wszystko to do niedawna wystarczało, lecz w tym roku jakoby przestało działać. Zanim jednak zaczniemy szukać winnych takiego stanu rzeczy wśród dystrybutorów leków, działaczy związków pszczelarskich i lekarzy weterynarii, przyjrzyjmy się ponownie pogodzie.
Przyznać trzeba, że w tym roku, jak i w poprzednim sprzyjała ona rozwojowi tej plagi pszczelarskiej. Gorące lato w zeszłym roku pozwoliło się pasożytom rozwijać na czerwiu, którego było wciąż dużo. Nie brakowało go też jesienią, a nawet zimą, gdyż dzięki wysokim temperaturom matki w niektórych rodzinach czerwiły w grudniu i w styczniu. Dlatego rodziny, które z zimy wyszły w najlepszej kondycji, miały „w sobie” najwięcej roztoczy, których niszczycielska działalność ujawniła się właśnie w drugiej części sezonu. Inaczej było w zeszłym roku. Otóż rodziny, w których czerwienie trwało nieprzerwanie aż do końca grudnia 2005 roku (przypomnijmy, że wtedy była też bardzo ciepła i długa jesień) wyczerpały swoje siły życiowe i gdy w styczniu przyszły 30-stopniowe mrozy, bardzo osłabły lub osypały się całkowicie. Oczywiście wraz z warrozą, która przy tej okazji też zginęła. W ciągu ostatniej zimy mrozów ani strat zimowych nie było, warroza więc przeżyła w 100% i wraz z wiosną rozpoczęła dalszy triumfalny marsz po polskich pasiekach. Marsz niczym nie przerywany, ponieważ ewentualne wczesnowiosenne zabiegi lecznicze nie podziałały na roztocze, pasożytujące na wyjątkowo dużych tej wiosny ilościach czerwia.
Dla nas, pszczelarzy, wniosek z opisanej sytuacji nasuwa się jeden: pogoda powinna być zgodna z kalendarzem, zima powinna być zimna, lato gorące, a jesień – jesienna. W takich warunkach można normalnie gospodarować, niestraszne są wtedy wszelkie choroby, gdyż przy posiadanej przez nas wiedzy jesteśmy w stanie skutecznie im zapobiegać. Jak natomiast radzić sobie z chorobami w warunkach niezwykłych anomalii pogodowych – to zadanie dla specjalistów, którego rozwiązanie, miejmy nadzieje, już niedługo zostanie opracowane.
Wróćmy jednak do naszej pasieki. Jesienią pszczelarz ma w niej niewiele pracy, w zasadzie najlepiej jest, gdy zagląda do niej jak najrzadziej. Wszystkie czynności związane z przygotowaniem rodzin do zimy należało wykonać wcześniej, gdyż w okresie jesienno – zimowym oprócz pożywienia i suchego ula pszczołom najbardziej potrzebny jest spokój. Dlatego należy pasiekę zabezpieczyć przed dostępem zwierząt i ludzi, zapewnić osłonę przed wiatrem, dopilnować, by daszki były szczelne i nie groziło im zrzucenie przez wiatr. Ule należy zabezpieczyć przed dostępem myszy i nornic, które bardzo chętnie zakładają swoje gniazda w sąsiedztwie rodziny pszczelej, korzystając z wytwarzanego przez nią ciepła. Jeśli zaś chodzi o wielkość otworu wylotowego i związane z tym możliwości wentylacji wnętrza ula zimą, jest to wciąż temat dyskusyjny. Wykonane przed laty szczegółowe doświadczenia dowodzą, że pszczoły najlepiej zimują, gdy na jedną ramkę obsiadaną przez pszczoły przypadało 1,5 cm bieżącego wylotka o wysokości 0.8 – 1,0 cm. Tymczasem wielu pszczelarzy zimuje pszczoły z wylotami na całą szerokość korpusu gniazdowego, inni z kolei zamiast dna stosują siatkę, i we wszystkich tych przypadkach efekty zimowli mogą być dobre. Wniosek z tego, że jakość przezimowania nie tyle zależy od wielkości wylotka, ile od kondycji rodziny, jej składu biologicznego, zdrowotności, ilości i jakości zapasów i spokoju. O jakość tych czynników należało zadbać wcześniej, gdyż teraz na jakąkolwiek interwencję jest za późno. Jedyny zabieg wykonywany w okresie jesiennym to zwalczanie warrozy kwasem szczawiowym, co w zależności od pogody można robić nawet na początku listopada. Pamiętać przy tym należy, że kwas szczawiowy stosuje się jako jeden z kilku zabiegów w metodach zintegrowanych. Samo jednokrotne podanie kwasu nie wystarczy, by rodzinę wyleczyć, zwłaszcza gdy poziom porażenia roztoczami jest wysoki.
|
|